niedziela, 5 lutego 2017

Ukochany kwiat

Trudno pielęgnować mało wymagający pejotl, którym zdaje się być moje serce. Jedyne o co prosi to tych kilka kropli szczerego zainteresowania i przyjaźni. Niby tak niewiele, ale jak ciężko zdobyć te życiodajne odrobiny źródła. Nawet przy zapewnionym pustynnym klimacie, pejotl potrzebuje choć ułamka tej cieczy. Jednak, ostatecznie nie jest mu to dane bezinteresownie. Przez dłuższy czas nie zakwitnie, a raczej będzie ślęczyć nad nim widmo skazańczej suszy. O tak! Nawet i jemu grozi zagłada uschnięcia, pogrom suchoty. Póki co, powoli zaczynają wyrastać z niego nowe kolce, a płynie w nim żywica goryczy i niezrozumienia. Choć dumny, chowa się w kanopii zrzeszonych skrajnym fałszem, bujnych krzewów i ani trochę nie jest mu z tym dobrze. Niezauważalny. Nieistotny. Tylko on, soki z wykwintnej mikstury i ciernie. Wyborowe towarzystwo, nie ma co. 
Cóż, wiedziałam, że w czymś tkwi mój podziw dla tej rośliny, lecz nie myślałam by kiedykolwiek przyszło mi się z nią utożsamić. Przynajmniej odnalazłam to uzasadnienie. 
Ja i moje pejotlowe kolce. Teraz tak mi bratnie i znajome. Ach, ta pustynia...