poniedziałek, 14 stycznia 2013

pandemonium istoty

Skrzypce nie zagrają preludium. Nie tym razem. Zbuntowane nuty nie utkają melodyjnego arrasu na pięciolinii. Smutne. Lament pozostawionego klucza wiolinowego, dumnego lecz osamotnionego. Męki Tantala. Niemożność zaspokojenia myśli i pragnienia. Wiecznie nienasycona, poszukująca. Czego? 
Udzielenie odpowiedzi na to nurtujące pytanie graniczyło z cudem. Wręcz niewykonalne. Ciągle podążająca za podpowiedzią, która co rusz wyślizgiwała się jej tuż przed zdemaskowaniem. Niczym zjawa rozpływała się w powietrzu, bez cienia poszlak. Gdy już zbliżała się o krok by ją uchwycić i uchylić rąbek tajemnicy, ta, diametralnie wymykała się z impetem, gnając jak najdalej. Labirynt nie do przebrnięcia. 
Serce płata figle. A ona, pozostawiona w kawałkach, rozstrzępiona zastanawia się co ze sobą poczynić. Przebiegły lis wciąż ją zwodzi. 
Pozytywka dumnie grywa opustoszałą melodię, która echem rozbrzmiewa w zakamarkach, ciągle nieodkrytej, dzikiej duszy. Wciąż ciąży nad nią fatum, miecz Damoklesa. Zbyteczne, lakoniczne odpowiedzi niczego nie wnoszą. Tymczasem rozum już osiągnął apogeum swej cierpliwości.

Pozostaje czekać, aż zjawi się ten zbawiciel, własny Aleksander Wielki i odważy się przeciąż ten węzeł gordyjski. 

piątek, 11 stycznia 2013

walcząc z wiatrakami

by pąk przeistoczyć kwiatem
się mógł, tak jak nakazał Bóg
choć głęboko skryte przed światem
toksyczne wątki są mych trwóg

gęsto ocieka spływa wstyd
zmaga się waleczny Cyd
ballad bohater rycerskiego życia
nic niewartego zepsutego bycia


En vogue

Podziwiam ludzi z okresu pozytywizmu, mimo trudności napotkanych pod opresją złowrogiego cara, bądź innego przywódcy potrafili wytrwale poszukiwać złotego środka i robić dobrą minę do złej gry. Między innymi dzięki nim przemawiamy językiem polskim, który miał być wytępiony przez gnębicieli naszego narodu. To oni pielęgnowali naszą mowę, często narażając własne życie. Okres niezwykle trudny dla polszczyzny, która na skraju wyginięcia i zapomnienia, cudem wylizała się z opresji.
Niepokojące jest jednak to, że wciąż istnieje ryzyko wymarcia. Odejścia w nieznane kąty pamięci, gdyż tworzone z każdym dniem neologizmy, kreujące się poprzez narastającą globalizację, wypierają rodzime słownictwo. Przez to ubożeje ojczysty język. Już teraz można zauważyć skutki tego procesu. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszą młodzież, której brakuje jakiejkolwiek znajomości synonimów, nie wspominając już czy posiadają wystarczającą wiedzę by znać znaczenie słowa synonim. Mowa tu o pewnej wyodrębnionej społeczności, osiedlonej na pewnych wyspach ongiś należących do Saksonów. Aż żal serce ściska, gdy słyszy się te świnki eksperymentalne, wyrażające się w sposób wulgarny, bądź nieinteligentny. Sami na siebie zsyłamy zagładę, coraz to bardziej zagrażającą naszej kulturze. Gnijemy od środka, niczym niepodlewana i niepielęgnowana roślina. Trujemy się niezmiernie, tylko po to, by zaimponować reszcie. Niedługo nie pozostanie czym. Nie ma innego sposobu by to skomentować. Wstyd i hańba. Istne kalectwo. 


"Granice mego języka oznaczają granice mego świata." (Ludwig Wittgenstein)
Wyznacz własną granicę.