sobota, 28 grudnia 2013

skamander

Rwąca rzeko, tyś wierna swym zasadom. Gdy ktoś Cię zlekceważy, wnet wybrzuszasz swe oblicze na bezbronne łany, grzmiąc pianą i wezbranym nurtem. Twa lustrzana, tajemnicza barwa przyciąga mnie i przywołuje echem głębin zagniewanych. Z pewnym odrętwieniem pochylam się by ujrzeć mieniące się w twym blasku czyjeś, nieznane lico. Ach, czy nie byłoby lepiej złożyć się w ofierze, oddać się twemu rdzeniowi? Czyż nie lepsze zbestwione, mętne oraz złowrogie wodorosty, przylegające otępiale do ciała, niż ta codzienna czeluść? Tylko Ty, jesteś wolna, beztrosko wbrew zakazom suniesz przed siebie. Hybryda emocji Tobie nie straszna. Tyś boginią samej sobie. Ach, jak ja Tobie zazdroszczę. Wijesz się ociężale, lecz zawsze czujna. Nie umknie Tobie najmniejsza zapora. Meandrując po świecie, rozdzierasz jego pola, pasąc swe wstęgi. Tak jak i Ty, również ja meandruję, lecz nie potrafię wyżłobić swego koryta. Tak jak Ty, wpadam do morza, ale nie majestatycznie. Moje morze zakłamania i bezradności połyka mnie w całości na wieczność. Jestem ubezwłasnowolniona. Jedna kropla w tym wielomiliardowym basenie. Nic dla nikogo nieznacząca. Chlup... Ręka hunctwota dzierży miecz fatalizmu. Wyplułaś ze swych głębin talizman ociekający mułem, niczym wąż syczysz jadem. Dotychczas nie przynosi mi on szczęścia. A może Tobą podąża swym szlakiem Charon, Ty nikczemna. Odkrywasz me sekrety, wraz ze Styksem znamienna. Czy jak Ty, powinnam owinąć się jak bluszcz wokół tych wiernych? Lecz ich nie ma, nie zawiną u mego portu swych żagli. Popłyną hen daleko, nie odwracając się. Śmiejesz się szyderczo, bo Ty zawsze pozostaniesz, niezapomniana. A my odejdziemy w Twe głębiny, czeluści i wtedy poznamy Twoje tajemnice. pOder... I w nas tkwi siła przetrwania, póki co, pozostaje nam uchylić czoła Twemu żywiołowi. Tak nieobliczalnemu.

środa, 11 grudnia 2013

Okowy

Chwila złudnego wzniesienia do wyżyn smaku świątyni niebiańskiej. Unoszę się szybko niczym strzała wypuszczona z grubej cięciwy Temidy by wtem, dowiedziawszy już się o szczytach swych możliwości zmienić swą trajektorię i ociężale zacząć opuszczać się mozolnie ku niedoli. Moralna grawitacja niesłusznie przyciąga mnie ku sobie, powołując się na przyjęte normy. Ujarzmiona 'wolność' - to słowo samo w sobie semantycznie brzmi bestialsko ironicznie. Ta wyimaginowana ideologia, tak uporczywie wbijana do umysłów zewsząd manipuluje nami od dawien dawna. Ciążące kajdany tej wojowniczki wżynają się bezkarnie w przeguby, oplatając niczym winorośl zhańbione serca i splamione umysły. W jakiej dziedzinie tak na prawdę ją posiadamy? Ileż to norm społecznych nam nakazano? Zdefiniuj to pojęcie, bo ja szczerze nie potrafię.



od cięciwy wchłania ją grota
zuchwałego podlota
ku chwale myśl to złota
by go zastały piekielne wrota
zmierzła cnota
ot, meritum - martwota
gnębiąca go golgota
zaciska na mej szyi garrota

niedziela, 10 listopada 2013

[...] kajdany nie trwają wiecznie.

W pewnym momencie poczuła uniesienie niemal niebiańskie. Jakby sam Bóg rozpruwał nierozłączny do czasu szew pomiędzy ciałem a duszą i zaczął pociągać za sznurek niczym marionetką. Ociężałe ciało spoczywało tylko dzięki sile grawitacji a dusza zdawała się wydostawać spod sieci obławy i rozwijała skrzydła wolności. Cielesne kajdany powoli dawały upust zostawiając umysł błogi oraz czysty, aby móc oderwać się od rzeczywistości. Egzystencjalny stan pozwalał zapomnieć o trywialnych według niej sprawach. Unosząc się nad swym opustoszałym teraz ciałem w końcu mogła być sobą, fruwać niczym skowronek pośród sosen. Żadnych telefonów, intryg i tak zwanych bajkopisarzy.
Wtem zaczęło ją coś ściągać na dół. Odwieczna walka tuzinkowych spraw w tym momencie wygrywała, wsysając ją z powrotem w opatulone kołdrą chłodne ciało. Witajcie: potoczny wyścig szczurów, zepsute fikanie koziołków przez serce i szarość. Na nowo krystalizowały się przed nią banały.

Bezradność przeistoczyła się w płacz.

środa, 11 września 2013

Zażenowanie przy próbie kupna miłości...

Po omacku szukała jego ust o odcieniu karminowym. Lekko wilgotnych, niczym oprószona poranną rosą nieskazitelna trawa. Oboje zdawali sobie sprawę, że już więcej mogą się nie zobaczyć. Figlarnie drażniąca broda dawała o sobie znać na jej zaróżowionym euforią i zawstydzeniem policzku. Wszelkie emocje wzburzone w jego czarnej czuprynie dostrzegała w tych miodowych, ciepłych oczach wpatrujących się w nią z uwielbieniem.
Ta drewniana kładka, którą każde z nich budowało by spotkać się po środku wydawała się być z każdym dniem coraz mniej stabilna, podjuszana przez niepochlebne im dusze. Znajomość, nad którą tak rzetelnie pracowali by ją utrzymać, niestety musiała być stłumiona w zarodku.
Wiedziała, że ów intelektualny mezalians nie miał prawa mieć miejsca. Czuła to już od dawna. Odwieczna batalia, która odgrywała się w jej sercu powoli zaczynała dobiegać do końca. Szala wygranej przechylała się w stronę rozsądku. W rzeczy samej, nie powinno się wchodzić do tej samej rzeki dwa razy. Jednak ona to zrobiła. Kara, którą przyjdzie jej zapłacić będzie odczuwalna z podwójnym rażeniem. Odbijające się echo w jej duszy śmieje się szyderczo 'masz za swoje...'. Znów powita ją rozczarowanie w parze z zażenowaniem. Istna promocja - dwie rzeczy w cenie jednej, lecz ta wygrana na loterii jest niczym fatum, ciąży nad nią jak burzowe chmury kłębiące oraz kumulujące się  na niebie. Tym razem, jednak zbawienny deszcz w postaci łez niczego jej nie przyniesie. Nawet ulgi. Uczucia roztargnione i poszarpane nie odnowią się tak szybko jak róża jerychońska na pustyni po paru kroplach życiodajnej cieczy.
Co przyjdzie jej zrobić, gdy na nowo go ujrzy? Czy znów będzie nadaremnie poszukiwać tych karminowych, spragnionych warg? Czy będzie potrafiła spojrzeć w te otumanione emocjami oczy? A może uniknie spotkania jak ognia?
Tylko i wyłącznie czas pokaże...

czwartek, 7 marca 2013

Emocjonalna aborcja

Patologiczna pustka. Usycha ledwo tląca się iskra namiętności, tak niedawno rozżarzona. Ile mi jeszcze przyjdzie tułać się po wszechobecnej pustyni, gdzie wszelkie podskoki serca okazują się być złudliwą fatamorganą?

Ile mi jeszcze przyjdzie przejść drakońskie próby czasu gdzie za każdym razem to on pociąga sznurki?
Durna, otępiała marionetka. Wycieńczona jestem w stanie sięgnąć brzytwy.

Zbawienna kropla już zdaje się zagościć na moim języku by zdradziecko wyparować w ostatniej chwili, znikając na zawsze z szyderczym uśmiechem. Tak i on, ten który zdawałby się rozkwitł na polanie zdobyczy, odpłynął w nieznane. Marny to obraz zgniłych chwastów na tej łące odrzucenia. Każdy pąk ginie w zarodku. Co z tego, że staram się pozbyć pąków tej miłości, gdy jej korzenie wciąż oplatają moje serce. Niczym trucizna, powoli gęstniejesz by na zawsze zastygnąć i zagłębić się w nawet najodleglejszym zakamarku mego ciała. Trucizna, na którą antidotum nie istnieje, i istnieć nie będzie. Zepsuty kwiat błogości, od zarodka gnije otępiale, co rusz wypluwając zgorzkniałe kolce rozpaczy. Jątrząca się blizna, na nowo rozdarta na strzępki. Niczym wieszczka Pytia, już wiem, że tym razem będzie stale ropieć, przypominając o sobie w najmniej oczekiwanym momencie.

Powoli przeistaczam się w cień elizejski. Ileż bym dała, aby zaczerpnąć łyka z wód rzeki Lete, meandrującej w Hadesie, by móc zapomnieć. By móc zrzucić tą szatę Dejaniry, uwolnić się od brzemienia cierpienia, wiecznie czyhającego nade mną.

Krótki to był lot Ikarowy. Zanurzam się w przepaści, spita miłością. Tonę.

poniedziałek, 25 lutego 2013

między Scyllą a Charybdą...

Czy wpadnę do pyska Scylli? A może w wiry Charybdy?
Serce odgrywa boje homeryckie, niecierpliwie wyczekuje, aż zadzwoni ostatni dzwonek na podjęcie decyzji. Jedno spojrzenie wystarczy by wywołać burzę w szklance wody...

Więc teraz mam serca dwa, smutki dwa...

Retrospekcje wciąż powracają nieubłaganie, nie dając mi spokoju. Niczym klątwa, ciąży nade mną jego demon, czerpiący przyjemność z mego dysonansu. Wstępująca melodia wyraża swe anabasis, tak podniosłe, tak radosne. Czyżby?

Wijąca się, niczym więdnący zżółkniały liść, mający na celu ugaszenie swego pragnienia. Pozostanie mu tylko beznadziejnie odejść w zapomnienie, nienasycony, wyschnięty, obnażony. Wyczekuje, aż wreszcie jego ciepły, drżący oddech spocznie regularnie na jej porcelanowym karku. Zapewniał jej bezpieczeństwo, którego tak natarczywie, desperacko łaknęła. Bliskość drugiego, nieodkrytego całkowicie zalążka ciała przyprawiała ją o dreszcze na samą myśl. Chciała jak najdłużej zatrzymać ten moment, lecz nic nie może przecież wiecznie trwać. 

Powoli niczym dojrzała, jędrna śliwka zanurzam się w lepkiej konsystencji kompotu miłości, dręczona łańcuchami, skazana na dryfowanie w rzekomo radosnych zakamarkach uniesienia. Wszystko wskazuje na to, iż ta chwila cielesnego natchnienia okaże się gorzką pigułką nie do przełknięcia. Dostrzegam pesymistycznie Janusowe oblicze tego błogostanu.

Spierzchnięte od błogich pocałunków usta, na rusz muskają czule karmazynową od przypływu ciepła skórę, nadając jej życiodajne rany. Czy to możliwe? Czy jednak śni na jawie? Prężne ramiona zatrzaśnięte w uścisku otulały tą kruszynkę, będąc jak mały wróbelek w złotej klatce, tym razem ochoczo ćwierkający. 

Do czasu...



poniedziałek, 14 stycznia 2013

pandemonium istoty

Skrzypce nie zagrają preludium. Nie tym razem. Zbuntowane nuty nie utkają melodyjnego arrasu na pięciolinii. Smutne. Lament pozostawionego klucza wiolinowego, dumnego lecz osamotnionego. Męki Tantala. Niemożność zaspokojenia myśli i pragnienia. Wiecznie nienasycona, poszukująca. Czego? 
Udzielenie odpowiedzi na to nurtujące pytanie graniczyło z cudem. Wręcz niewykonalne. Ciągle podążająca za podpowiedzią, która co rusz wyślizgiwała się jej tuż przed zdemaskowaniem. Niczym zjawa rozpływała się w powietrzu, bez cienia poszlak. Gdy już zbliżała się o krok by ją uchwycić i uchylić rąbek tajemnicy, ta, diametralnie wymykała się z impetem, gnając jak najdalej. Labirynt nie do przebrnięcia. 
Serce płata figle. A ona, pozostawiona w kawałkach, rozstrzępiona zastanawia się co ze sobą poczynić. Przebiegły lis wciąż ją zwodzi. 
Pozytywka dumnie grywa opustoszałą melodię, która echem rozbrzmiewa w zakamarkach, ciągle nieodkrytej, dzikiej duszy. Wciąż ciąży nad nią fatum, miecz Damoklesa. Zbyteczne, lakoniczne odpowiedzi niczego nie wnoszą. Tymczasem rozum już osiągnął apogeum swej cierpliwości.

Pozostaje czekać, aż zjawi się ten zbawiciel, własny Aleksander Wielki i odważy się przeciąż ten węzeł gordyjski. 

piątek, 11 stycznia 2013

walcząc z wiatrakami

by pąk przeistoczyć kwiatem
się mógł, tak jak nakazał Bóg
choć głęboko skryte przed światem
toksyczne wątki są mych trwóg

gęsto ocieka spływa wstyd
zmaga się waleczny Cyd
ballad bohater rycerskiego życia
nic niewartego zepsutego bycia


En vogue

Podziwiam ludzi z okresu pozytywizmu, mimo trudności napotkanych pod opresją złowrogiego cara, bądź innego przywódcy potrafili wytrwale poszukiwać złotego środka i robić dobrą minę do złej gry. Między innymi dzięki nim przemawiamy językiem polskim, który miał być wytępiony przez gnębicieli naszego narodu. To oni pielęgnowali naszą mowę, często narażając własne życie. Okres niezwykle trudny dla polszczyzny, która na skraju wyginięcia i zapomnienia, cudem wylizała się z opresji.
Niepokojące jest jednak to, że wciąż istnieje ryzyko wymarcia. Odejścia w nieznane kąty pamięci, gdyż tworzone z każdym dniem neologizmy, kreujące się poprzez narastającą globalizację, wypierają rodzime słownictwo. Przez to ubożeje ojczysty język. Już teraz można zauważyć skutki tego procesu. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszą młodzież, której brakuje jakiejkolwiek znajomości synonimów, nie wspominając już czy posiadają wystarczającą wiedzę by znać znaczenie słowa synonim. Mowa tu o pewnej wyodrębnionej społeczności, osiedlonej na pewnych wyspach ongiś należących do Saksonów. Aż żal serce ściska, gdy słyszy się te świnki eksperymentalne, wyrażające się w sposób wulgarny, bądź nieinteligentny. Sami na siebie zsyłamy zagładę, coraz to bardziej zagrażającą naszej kulturze. Gnijemy od środka, niczym niepodlewana i niepielęgnowana roślina. Trujemy się niezmiernie, tylko po to, by zaimponować reszcie. Niedługo nie pozostanie czym. Nie ma innego sposobu by to skomentować. Wstyd i hańba. Istne kalectwo. 


"Granice mego języka oznaczają granice mego świata." (Ludwig Wittgenstein)
Wyznacz własną granicę.