środa, 24 lutego 2010

Dzika natura

Przyszła pora na opis z innej beczki.. :) Góry. Dla niektórych śnieżny raj, w którym można poszaleć. Białe szaleństwo. Dla innych miejsce błogiego odpoczynku, zaciszny raj. Jako że jestem romantyczką skupię się na tym drugim :) Zapraszam.

Kręte, wijące się niczym zwinny i gibki wąż, drogi. Czysta nietknięta natura. Łatwo się tu zgubić, mowa tu o żółtodziobach, pyszałkach z miasta, którzy myślą, że są w stanie góry przenosić ( tak tematycznie ). Tyle tu drzew, każde kiedyś walczyło zaborczo o dostęp do światła, wyciągały swe gałęzie ku słońcu, niczym małe dziecko które prosi swojego rodzica o wzięcie na ręce. Każde inne, mało zauważalne są te różnice. Lecz one tam są. Miejsce to zwane dziką naturą, lecz czy jest to prawidłowe określenie? W prawdzie to my powinniśmy się nazywać dziką istotą, to my wkroczyliśmy na ich teren.
Bez protestów, niczym liliputy były nieistotne dla ludzkiego Guliwera.
Potok. Radośnie wypłynął z pobliskiego źródełka niewinności i czystości. Zdesperowany usiłuje zebrać każdą kroplę wody w swe 'oblicze'. Kto wie, może ten potok z biegiem czasu przeistoczy się w dużą rzekę od której będziemy zależni?

"Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały".

Przejdzie przez piękną metamorfozę, niczym przebrzydła gąsienica, poczwara po wyjściu z kokonu okazuje się być mieniącym się kolorami, motylem. Ryk niedźwiedzia. Jak mało już na świecie zostało tego fascynującego gatunku zwierząt. Nie chciałabym osobiście stanąć oko w oko z 'królem lasu'. Przeraźliwa, groźna nuta sprawia że po plecach ciarki mi przechodzą. Jednak jest to jak preludium dla moich uszu. Cóż za sposób, aby dać o sobie znać.
Juhas przemiło nuci nieznaną mi góralską pieśń, pasąc przy tym rozleniwione owieczki na pobliskim wzgórzu. Wsłuchuję się w szum trawy, myśląc w jakim to raju się znalazłam.
Trzeba cieszyć się z drobniutkich detali, żyć chwilą.


Carpe Diem

Tutaj szafran, tam sasanka a jeszcze dalej lilia złotogłów. Przemierzając przez las, babie lato daje mi o sobie znać, desperacko owijając się wokół mojej delikatnej skóry. Nie przeszkadza mi to. Znalazłam się na zielonej polanie, w końcu wyszłam z labiryntu Minotaura. Co było moją złotą nicią Ariadny? Nadzieja? A może przyjaźń, miłość? Na te pytania nie potrafię odpowiedzieć. Przyjdzie na to czas.
Wracając do polany. Neutralny zieleniutki odcień trawy na długo pozostanie w mej pamięci. To miejsce było jak mój własny Zaułek Puchatka :) Otoczone wysokimi, aromatycznymi sosnami, sprawiło, że czułam się bezpieczna. Życie pomiędzy ludźmi nigdy nie sprawi mi takiego bezpieczeństwa jak to miejsce. Łono natury. Źródło. Czy odnalazłam to czego szukałam? Szczęścia? Zaufania? Czy to był mój kociołek pełen grosików po drugiej stronie tęczy, za którym niektórzy potrafią gonić całe swoje życie? Tak...
Wreszcie swobodna mogę się położyć na trawie. Poczuć poranną rosę, jak delikatnie obmywa mi rany, te fizycznie i te psychiczne. Powąchać przecudnie pachnące kwiaty, jak oblężają mnie. Prawie jak Grecy okrążyli Troję. Oby tylko nie chciały zdobyć mnie postępem, koniem Trojańskim. Lecz nie wierzę, że potrafiłyby tak zawistnie wykorzystać sytuację, tak jak nędzna kreatura - człowiek.
Dlaczego ludzie przychodzą tylko jak czegoś potrzebują? DO tej pory nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie...

piątek, 19 lutego 2010

Z zamyśleń pospolitki


Spoglądając na zapierający dech w piersiach zachód słońca, jestem zagubiona w myślach. Przyjemny zefirek powiewa mi w twarz, rozwiewając przy tym moje włosy. Wolność… Pobliska trawa szumi w rytm systematycznych fal. W niedalekim ulu, pszczoły pobrzękują głośno, a zarazem w trawie świerszcze radośnie grzechocą. Z zachwytem, obserwuję jak mądrze i dokładnie te pracowite owady zbierają drogocenny nektarz delikatnie pachnących kwiatów. Rozwijające się pąki obejmują już prawie każdą gałąź. Wszystko budzi się z zimowej hibernacji. Niezręczna przedtem cisza wypełniła się radosnym ćwierkiem ptaków i głośnym klekotem bocianów. Nadeszła wiosna.

Sztorm… Niepokonany władca mórz Neptun, lub jak inni na niego mówią Posejdon gra na swoim trójzębie groźną a zarazem przepiękną melodię. Zmęczone fale kontynuują uderzać o brzeg. Ciężka, mozolna Syzyfowa praca. Chcą dotrzeć do celu, lecz ciągle coś je przywołuje do podmorskiego królestwa. Słudzy Posejdona za zawsze pozostaną w niemiłosiernych objęciach jego trójzębu. Zniszczone, u schyłku upadku, kutry rybackie wracają smętnie do portu, nie są w stanie stanąć oko woko z potężnym żywiołem. Siedząc samotnie na piaszczystej plaży wpatruję się w rozzłoszczone fale. Żadnej żywej duszy. Powiewa pustkami…
Błysk! Z przerażeniem powróciłam do świata rzeczywistości, gdzie stąpam ostrożnie jak po kruchym lodzie. Zastanawiałam się czy w to przepiękne morze ze spokojną taflą w mgnieniu oka nie wstąpiło coś z piekła rodem.
Spragnione wolności fale tańczą ogniste i dynamiczne tango. Rytmiczna melodia fal, wdech i wydech, przynosi trochę życia do brzegu, jak nic nieznaczący płomyk potrafi rozświetlić najciemniejszy zakamarek. Dać nadzieję…
Bezdusznie wołają,lecz nikt ich nie słucha. Fale wynurzają się z mrocznych głębin ciemnogranatowego morza. Zdesperowane, chcą dotrzeć do ich piaszczystej świątyni. Prawie jak wycieńczeni pielgrzymi zdeterminowane są by osiągnąć ich cel, dotknąć, choć przez chwilę złociste ziarnka piasku. Wpatruję się niecierpliwie w karmazynowy horyzont, czekając aż żarzące się słońce wynurzy się leniwie.

Przedtem miękki i puszysty dywan z piasku, teraz kaleczył mi stopy, żałośnie chcąc bym pozostała tam jeszcze chwilę dłużej. Jeszcze się z nim nie rozstałam, a już rozpoczął swój niekończący się lament.

Spokojne chmurki płyną po błękitnym, lazurowym niebie. Bezdźwięczne fale łagodnie uderzają o brzeg. Znów znalazłam się w zacisznym raju. Białe piaski rażą mnie w oczy, lecz nie przeszkadza mi to. Turkusowe morze ciepło zapraszało mnie, abym wstąpiła w jego skromne progi. Krystaliczna woda oraz zapach jodu koją mnie. Cóż za miejsce, w którym można uciec od szarej rzeczywistości, być, kim się chce, a nie osobą narzuconą przez innych. Nie będzie więcej przylepionych etykietek. Szelest palm. Wszystko sunie jak we śnie.

Istny raj…


I pomyśleć, że za kilkanaście lat nie będzie już tego. Tak jak w piosence, „Już nie ma takich dzikich plaż” Pani Ireny Santor. Ale to już o tym innym razem napiszę.
Mam nadzieję, żespodobał się tekst. J Dziękuję, Caroline