piątek, 19 lutego 2010

Z zamyśleń pospolitki


Spoglądając na zapierający dech w piersiach zachód słońca, jestem zagubiona w myślach. Przyjemny zefirek powiewa mi w twarz, rozwiewając przy tym moje włosy. Wolność… Pobliska trawa szumi w rytm systematycznych fal. W niedalekim ulu, pszczoły pobrzękują głośno, a zarazem w trawie świerszcze radośnie grzechocą. Z zachwytem, obserwuję jak mądrze i dokładnie te pracowite owady zbierają drogocenny nektarz delikatnie pachnących kwiatów. Rozwijające się pąki obejmują już prawie każdą gałąź. Wszystko budzi się z zimowej hibernacji. Niezręczna przedtem cisza wypełniła się radosnym ćwierkiem ptaków i głośnym klekotem bocianów. Nadeszła wiosna.

Sztorm… Niepokonany władca mórz Neptun, lub jak inni na niego mówią Posejdon gra na swoim trójzębie groźną a zarazem przepiękną melodię. Zmęczone fale kontynuują uderzać o brzeg. Ciężka, mozolna Syzyfowa praca. Chcą dotrzeć do celu, lecz ciągle coś je przywołuje do podmorskiego królestwa. Słudzy Posejdona za zawsze pozostaną w niemiłosiernych objęciach jego trójzębu. Zniszczone, u schyłku upadku, kutry rybackie wracają smętnie do portu, nie są w stanie stanąć oko woko z potężnym żywiołem. Siedząc samotnie na piaszczystej plaży wpatruję się w rozzłoszczone fale. Żadnej żywej duszy. Powiewa pustkami…
Błysk! Z przerażeniem powróciłam do świata rzeczywistości, gdzie stąpam ostrożnie jak po kruchym lodzie. Zastanawiałam się czy w to przepiękne morze ze spokojną taflą w mgnieniu oka nie wstąpiło coś z piekła rodem.
Spragnione wolności fale tańczą ogniste i dynamiczne tango. Rytmiczna melodia fal, wdech i wydech, przynosi trochę życia do brzegu, jak nic nieznaczący płomyk potrafi rozświetlić najciemniejszy zakamarek. Dać nadzieję…
Bezdusznie wołają,lecz nikt ich nie słucha. Fale wynurzają się z mrocznych głębin ciemnogranatowego morza. Zdesperowane, chcą dotrzeć do ich piaszczystej świątyni. Prawie jak wycieńczeni pielgrzymi zdeterminowane są by osiągnąć ich cel, dotknąć, choć przez chwilę złociste ziarnka piasku. Wpatruję się niecierpliwie w karmazynowy horyzont, czekając aż żarzące się słońce wynurzy się leniwie.

Przedtem miękki i puszysty dywan z piasku, teraz kaleczył mi stopy, żałośnie chcąc bym pozostała tam jeszcze chwilę dłużej. Jeszcze się z nim nie rozstałam, a już rozpoczął swój niekończący się lament.

Spokojne chmurki płyną po błękitnym, lazurowym niebie. Bezdźwięczne fale łagodnie uderzają o brzeg. Znów znalazłam się w zacisznym raju. Białe piaski rażą mnie w oczy, lecz nie przeszkadza mi to. Turkusowe morze ciepło zapraszało mnie, abym wstąpiła w jego skromne progi. Krystaliczna woda oraz zapach jodu koją mnie. Cóż za miejsce, w którym można uciec od szarej rzeczywistości, być, kim się chce, a nie osobą narzuconą przez innych. Nie będzie więcej przylepionych etykietek. Szelest palm. Wszystko sunie jak we śnie.

Istny raj…


I pomyśleć, że za kilkanaście lat nie będzie już tego. Tak jak w piosence, „Już nie ma takich dzikich plaż” Pani Ireny Santor. Ale to już o tym innym razem napiszę.
Mam nadzieję, żespodobał się tekst. J Dziękuję, Caroline

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz