Kręte, wijące się niczym zwinny i gibki wąż, drogi. Czysta nietknięta natura. Łatwo się tu zgubić, mowa tu o żółtodziobach, pyszałkach z miasta, którzy myślą, że są w stanie góry przenosić ( tak tematycznie ). Tyle tu drzew, każde kiedyś walczyło zaborczo o dostęp do światła, wyciągały swe gałęzie ku słońcu, niczym małe dziecko które prosi swojego rodzica o wzięcie na ręce. Każde inne, mało zauważalne są te różnice. Lecz one tam są. Miejsce to zwane dziką naturą, lecz czy jest to prawidłowe określenie? W prawdzie to my powinniśmy się nazywać dziką istotą, to my wkroczyliśmy na ich teren.
Bez protestów, niczym liliputy były nieistotne dla ludzkiego Guliwera.
Potok. Radośnie wypłynął z pobliskiego źródełka niewinności i czystości. Zdesperowany usiłuje zebrać każdą kroplę wody w swe 'oblicze'. Kto wie, może ten potok z biegiem czasu przeistoczy się w dużą rzekę od której będziemy zależni?
"Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały".
Przejdzie przez piękną metamorfozę, niczym przebrzydła gąsienica, poczwara po wyjściu z kokonu okazuje się być mieniącym się kolorami, motylem. Ryk niedźwiedzia. Jak mało już na świecie zostało tego fascynującego gatunku zwierząt. Nie chciałabym osobiście stanąć oko w oko z 'królem lasu'. Przeraźliwa, groźna nuta sprawia że po plecach ciarki mi przechodzą. Jednak jest to jak preludium dla moich uszu. Cóż za sposób, aby dać o sobie znać.
Juhas przemiło nuci nieznaną mi góralską pieśń, pasąc przy tym rozleniwione owieczki na pobliskim wzgórzu. Wsłuchuję się w szum trawy, myśląc w jakim to raju się znalazłam.
Trzeba cieszyć się z drobniutkich detali, żyć chwilą.
Carpe Diem
Tutaj szafran, tam sasanka a jeszcze dalej lilia złotogłów. Przemierzając przez las, babie lato daje mi o sobie znać, desperacko owijając się wokół mojej delikatnej skóry. Nie przeszkadza mi to. Znalazłam się na zielonej polanie, w końcu wyszłam z labiryntu Minotaura. Co było moją złotą nicią Ariadny? Nadzieja? A może przyjaźń, miłość? Na te pytania nie potrafię odpowiedzieć. Przyjdzie na to czas.
Wracając do polany. Neutralny zieleniutki odcień trawy na długo pozostanie w mej pamięci. To miejsce było jak mój własny Zaułek Puchatka :) Otoczone wysokimi, aromatycznymi sosnami, sprawiło, że czułam się bezpieczna. Życie pomiędzy ludźmi nigdy nie sprawi mi takiego bezpieczeństwa jak to miejsce. Łono natury. Źródło. Czy odnalazłam to czego szukałam? Szczęścia? Zaufania? Czy to był mój kociołek pełen grosików po drugiej stronie tęczy, za którym niektórzy potrafią gonić całe swoje życie? Tak...
Wreszcie swobodna mogę się położyć na trawie. Poczuć poranną rosę, jak delikatnie obmywa mi rany, te fizycznie i te psychiczne. Powąchać przecudnie pachnące kwiaty, jak oblężają mnie. Prawie jak Grecy okrążyli Troję. Oby tylko nie chciały zdobyć mnie postępem, koniem Trojańskim. Lecz nie wierzę, że potrafiłyby tak zawistnie wykorzystać sytuację, tak jak nędzna kreatura - człowiek.
Dlaczego ludzie przychodzą tylko jak czegoś potrzebują? DO tej pory nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz