Malutki człowieczek dreptał boso przez palące wydmy opustoszałej pustyni. Zaklęte piachy przywiały ze sobą złudne fatamorgany igrające z naszym bohaterem. Pozostawionego samemu sobie na pastwę ananke. Otumaniony, wytrwale podążał w nieznanym kierunku. Uciekawszy od nie tak anachronicznych problemów zdawał się prowadzić odwieczną batalię w jego malutkiej łepetynie. Zachciało mu się odbyć wyprawę życia, czym było dla niego sposobem na odnalezienie swojego wnętrza. Rozważając dotychczasowe, zdawałoby się tak małostkowe istnienie, łudził się, iż jedna z tych oaz stanie się czymś więcej niż wyimaginowaną iluzją.
"Majestat, nic innego jak próżność" majaczył, sklepiając w składnię nikomu niezrozumiałe słowa.
Któż raczyłby pomyśleć, w takim, jakże ekstremalnym półświatku nasz protagonista odda się kontemplacji, czym w jego przypadku było konfrontacja z własnym ego.
Faktem jest, iż daleko było mu do osiągnięcia złotego środka, apogeum, lecz od dawna wiadomo, jakoby ten człowieczek żył ulotnymi niczym barwne motyle marzeniami. Stanowczo odbiegał od 'majestatu', który tak ironicznie teraz kształcił. Według niego był to zwykły blichtr, nic innego jak gobelin, arras utkany z prowizorycznych, tanich wierzeń. Niestety nie był on konformistą, podporządkowującym się normom społeczeństwa, od którego tak odbiegał. Na samą myśl przytakiwania, unormowania się dostawał apopleksji.
"Spluwam na tą ignorancję" - kontemplował z dezaprobatą.
Jednak, kimże był ten malutki człowieczek, emanujący jadem wobec ogółu. Otóż na dzień dzisiejszy był to człowieczek incognito, lecz zdawał się posiadać cechy pewnego błędnego ryczerza Cervantesa, nijakiego Don Kichota. Tym razem była to postać bez swojego wiernego giermka, Sanczo Pansy i oddanego rumaka Rosynanta. Zdany był na własną łaskę walcząc z nowoczesnymi wiatrakami. Sam. Przyzwyczajony do samotności, jedynej jego powiernicy; obywał się bez egzaltacji.
De facto, znany był z braku okazywania jakichkolwiek uczuć, rzec można by było, iż nie jest to człowiek zbytnio kordialny, a nawet posuńmy się do określenia go melancholikiem. Dla ludzi, takich jak on brakuje miejsca na tym świecie, ergo, stąd jego globtroterska wyprawa w nieznane. Wątpliwe jest to, aby ktokolwiek opłakiwał jego odejście, ba, nawet okazywał tęsknotę i troskę. Smutne, prawda?
Otóż nie. To, co pozostawił za sobą to istne pandemonium, a nasz bohater ucieka przed nemezis, zanim komuś stałaby się krzywda. A o otwarciu słynnej puszki Pandory, będziecie musieli usłyszeć kiedy indziej, gdyż nasz człowieczek incognito zemdlawszy po wycieńczającej wielokilometrowej włóczęgi, udał się w krainę błogości Orfeusza nad wodopojem, dokąd w końcu zaprowadziły go zdradliwe piaski...
Od tej pory, moi kochani, zamierzam pisać trochę z innej beczki. Zobaczymy, czy ta idea wypali. W dalszym ciągu, będę uderzać w nurtujące nas dzisiaj tematy, lecz trochę w innym deseniu. Życzcie mi powodzenia oraz bądźcie wytrwali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz