Idąc jesienną aleją, zasypanej liśćmi wspomnień i nieprzeniknionych gestów przywołuję te ulotne chwile. Szukam Ciebie, o Ty, który wtargnąłeś bezpardonowo gdzieś w zakurzone zakątki mej duszy. Obnażyłam swe niecielesne zakamarki, pozwalając byś rozlewał się spokojnie, najpierw upajając słodyczą a potem kłując leniwie niczym trucizna. Korytarze mych rozmyśleń przypominają cmentarną pustkę, próbując ożywić i wskrzesić te krótkotrwałe uwielbienie i rozpalające do czerwoności spojrzenia, ciskające piorunami pożądania. Niepewność wdziera się bezczelnie, coraz głębiej zapuszczając się w jaskinię duszy. Bezkrytycznie wznosiłam swe źrenice, podziwiając Cię i pozwalając byś otumanił moją czujność wiązanką słów, która oplatała mnie do utraty tchu niczym latorośl bluszczu. Tak, równie szkodliwa. Antidotum pozostaje nieznane, z własnego wyboru. Wolę rozkoszować się tą jątrzącą się raną, co rusz dławiąc się łzami wywołanymi przez Twoją grę. Stoję z boku, powoli czuję odpływającą cierpliwość i zrozumienie, kropla po kropli ulatniają się...
Kurczy
się świat, powoli zamienia się w klaustrofobiczną pustkę, która zaciska pętlę
szyderczości wokół ledwie pulsującej szyi. Zaufanie to taka kpina. Z idealnie symetrycznym impetem opuszczasz mnie, tak samo jak wplątałeś się w zastawioną przeze mnie pajęczynę naiwności. Z rozmachem, a zarazem bojaźliwością, by stawić czoła pochmurnym oczom, kulisz ogon obstawiając lekceważenie na tej przeraźliwej loterii. Źródełko uwielbienia coraz mniej tryska z entuzjazmem. Tym razem trafniejsza byłaby metafora plucia zepsutym, zgniłym przez zaniedbanie jadem miłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz