Niczym
ostatni liść trzymasz się kurczowo gałęzi mojej duszy. I nieważne jak mocno
dmucham, prawie jak halny, by Cię oderwać, Ty i tak nie drgniesz. Wciąż
wysysając żywicę duszy i myśli by przetrwać.
Powoli przeistaczasz się w
padlinożercę, gdyż niedługo zapanuje w niej martwica, byś triumfalnie czyhał
nad swą zdobyczą. Na razie, zima nastała w moim sercu wraz z tym jednym
nieopadniętym liściem.
I choć
jesteś już pomarszczony i zżółkły to nieustannie przykuwasz mój podwładny
wzrok. Czerpiesz ostatnie krople soków życia a ja bez słowa ulegle Ci na to
pozwalam. Usycham.
Bo kocham.
Tłumiące się całoroczne toksyny zachowuję dla siebie byś Ty, liściu
najukochańszej jesieni trwał.
I chociaż
mając świadomość Twej toksycznej obecności, nie robię nic by się Ciebie pozbyć.
Dlatego gnijesz. Nie wiem czy bardziej z mojej czy z własnej winy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz