poniedziałek, 10 listopada 2014

Une feuille pourrie

Niczym ostatni liść trzymasz się kurczowo gałęzi mojej duszy. I nieważne jak mocno dmucham, prawie jak halny, by Cię oderwać, Ty i tak nie drgniesz. Wciąż wysysając żywicę duszy i myśli by przetrwać. 
Powoli przeistaczasz się w padlinożercę, gdyż niedługo zapanuje w niej martwica, byś triumfalnie czyhał nad swą zdobyczą. Na razie, zima nastała w moim sercu wraz z tym jednym nieopadniętym liściem.

I choć jesteś już pomarszczony i zżółkły to nieustannie przykuwasz mój podwładny wzrok. Czerpiesz ostatnie krople soków życia a ja bez słowa ulegle Ci na to pozwalam. Usycham.
Bo kocham. Tłumiące się całoroczne toksyny zachowuję dla siebie byś Ty, liściu najukochańszej jesieni trwał.

I chociaż mając świadomość Twej toksycznej obecności, nie robię nic by się Ciebie pozbyć. Dlatego gnijesz. Nie wiem czy bardziej z mojej czy z własnej winy. 

wtorek, 22 lipca 2014

Nietypowe bałwochwalstwo

Cza­sem war­to za­nurzyć się w niepew­ności, by dos­trzec za­wiłe korze­nie praw­dy wy­doby­tej z wnętrza ciche­go źródła uwiel­bienia. / Mi­riam Ann. 

Idąc jesienną aleją, zasypanej liśćmi wspomnień i nieprzeniknionych gestów przywołuję te ulotne chwile. Szukam Ciebie, o Ty, który wtargnąłeś bezpardonowo gdzieś w zakurzone zakątki mej duszy. Obnażyłam swe niecielesne zakamarki, pozwalając byś rozlewał się spokojnie, najpierw upajając słodyczą a potem kłując leniwie niczym trucizna. Korytarze mych rozmyśleń przypominają cmentarną pustkę, próbując ożywić i wskrzesić te krótkotrwałe uwielbienie i rozpalające do czerwoności spojrzenia, ciskające piorunami pożądania. Niepewność wdziera się bezczelnie, coraz głębiej zapuszczając się w jaskinię duszy. Bezkrytycznie wznosiłam swe źrenice, podziwiając Cię i pozwalając byś otumanił moją czujność wiązanką słów, która oplatała mnie do utraty tchu niczym latorośl bluszczu. Tak, równie szkodliwa. Antidotum pozostaje nieznane, z własnego wyboru. Wolę rozkoszować się tą jątrzącą się raną, co rusz dławiąc się łzami wywołanymi przez Twoją grę. Stoję z boku, powoli czuję odpływającą cierpliwość i zrozumienie, kropla po kropli ulatniają się... 
Kurczy się świat, powoli zamienia się w klaustrofobiczną pustkę, która zaciska pętlę szyderczości wokół ledwie pulsującej szyi. Zaufanie to taka kpina. Z idealnie symetrycznym impetem opuszczasz mnie, tak samo jak wplątałeś się w zastawioną przeze mnie pajęczynę naiwności. Z rozmachem, a zarazem bojaźliwością, by stawić czoła pochmurnym oczom, kulisz ogon obstawiając lekceważenie na tej przeraźliwej loterii. Źródełko uwielbienia coraz mniej tryska z entuzjazmem. Tym razem trafniejsza byłaby metafora plucia zepsutym, zgniłym przez zaniedbanie jadem miłości. 

poniedziałek, 17 lutego 2014

abîme de désespoir

oślepiona mgłą blasku ćma
splamione jej skrzydła wstydu krwią
ciśnie się na zmęczone oczy łza
przeklęte usta goryczy drżą

przypłyń przebaczenia łodzią
nie odtrącaj echa zlęknionej miłości
serce przepełnione skruchą i trwogą
na zawsze stracone w czeluści nicości

lampa pożądania spali trzepocące
ulotne chwile uniesienia
błysk żądzy i władzy migoczące
oszpeciły cielesne marzenia

na cóż to było, pyta niedbale
uśmiercić istotę ledwie się tlącą
walka przetrwania, na arenie rywale
zastań mnie o łaskę się modlącą

przebacz, bom zgrzeszył
nie rzucam słów na figlarny wiatr
kwiat strwożył, obecnością go żeś speszył
wydostań mnie spod lęku krat

sobota, 28 grudnia 2013

skamander

Rwąca rzeko, tyś wierna swym zasadom. Gdy ktoś Cię zlekceważy, wnet wybrzuszasz swe oblicze na bezbronne łany, grzmiąc pianą i wezbranym nurtem. Twa lustrzana, tajemnicza barwa przyciąga mnie i przywołuje echem głębin zagniewanych. Z pewnym odrętwieniem pochylam się by ujrzeć mieniące się w twym blasku czyjeś, nieznane lico. Ach, czy nie byłoby lepiej złożyć się w ofierze, oddać się twemu rdzeniowi? Czyż nie lepsze zbestwione, mętne oraz złowrogie wodorosty, przylegające otępiale do ciała, niż ta codzienna czeluść? Tylko Ty, jesteś wolna, beztrosko wbrew zakazom suniesz przed siebie. Hybryda emocji Tobie nie straszna. Tyś boginią samej sobie. Ach, jak ja Tobie zazdroszczę. Wijesz się ociężale, lecz zawsze czujna. Nie umknie Tobie najmniejsza zapora. Meandrując po świecie, rozdzierasz jego pola, pasąc swe wstęgi. Tak jak i Ty, również ja meandruję, lecz nie potrafię wyżłobić swego koryta. Tak jak Ty, wpadam do morza, ale nie majestatycznie. Moje morze zakłamania i bezradności połyka mnie w całości na wieczność. Jestem ubezwłasnowolniona. Jedna kropla w tym wielomiliardowym basenie. Nic dla nikogo nieznacząca. Chlup... Ręka hunctwota dzierży miecz fatalizmu. Wyplułaś ze swych głębin talizman ociekający mułem, niczym wąż syczysz jadem. Dotychczas nie przynosi mi on szczęścia. A może Tobą podąża swym szlakiem Charon, Ty nikczemna. Odkrywasz me sekrety, wraz ze Styksem znamienna. Czy jak Ty, powinnam owinąć się jak bluszcz wokół tych wiernych? Lecz ich nie ma, nie zawiną u mego portu swych żagli. Popłyną hen daleko, nie odwracając się. Śmiejesz się szyderczo, bo Ty zawsze pozostaniesz, niezapomniana. A my odejdziemy w Twe głębiny, czeluści i wtedy poznamy Twoje tajemnice. pOder... I w nas tkwi siła przetrwania, póki co, pozostaje nam uchylić czoła Twemu żywiołowi. Tak nieobliczalnemu.

środa, 11 grudnia 2013

Okowy

Chwila złudnego wzniesienia do wyżyn smaku świątyni niebiańskiej. Unoszę się szybko niczym strzała wypuszczona z grubej cięciwy Temidy by wtem, dowiedziawszy już się o szczytach swych możliwości zmienić swą trajektorię i ociężale zacząć opuszczać się mozolnie ku niedoli. Moralna grawitacja niesłusznie przyciąga mnie ku sobie, powołując się na przyjęte normy. Ujarzmiona 'wolność' - to słowo samo w sobie semantycznie brzmi bestialsko ironicznie. Ta wyimaginowana ideologia, tak uporczywie wbijana do umysłów zewsząd manipuluje nami od dawien dawna. Ciążące kajdany tej wojowniczki wżynają się bezkarnie w przeguby, oplatając niczym winorośl zhańbione serca i splamione umysły. W jakiej dziedzinie tak na prawdę ją posiadamy? Ileż to norm społecznych nam nakazano? Zdefiniuj to pojęcie, bo ja szczerze nie potrafię.



od cięciwy wchłania ją grota
zuchwałego podlota
ku chwale myśl to złota
by go zastały piekielne wrota
zmierzła cnota
ot, meritum - martwota
gnębiąca go golgota
zaciska na mej szyi garrota

niedziela, 10 listopada 2013

[...] kajdany nie trwają wiecznie.

W pewnym momencie poczuła uniesienie niemal niebiańskie. Jakby sam Bóg rozpruwał nierozłączny do czasu szew pomiędzy ciałem a duszą i zaczął pociągać za sznurek niczym marionetką. Ociężałe ciało spoczywało tylko dzięki sile grawitacji a dusza zdawała się wydostawać spod sieci obławy i rozwijała skrzydła wolności. Cielesne kajdany powoli dawały upust zostawiając umysł błogi oraz czysty, aby móc oderwać się od rzeczywistości. Egzystencjalny stan pozwalał zapomnieć o trywialnych według niej sprawach. Unosząc się nad swym opustoszałym teraz ciałem w końcu mogła być sobą, fruwać niczym skowronek pośród sosen. Żadnych telefonów, intryg i tak zwanych bajkopisarzy.
Wtem zaczęło ją coś ściągać na dół. Odwieczna walka tuzinkowych spraw w tym momencie wygrywała, wsysając ją z powrotem w opatulone kołdrą chłodne ciało. Witajcie: potoczny wyścig szczurów, zepsute fikanie koziołków przez serce i szarość. Na nowo krystalizowały się przed nią banały.

Bezradność przeistoczyła się w płacz.

środa, 11 września 2013

Zażenowanie przy próbie kupna miłości...

Po omacku szukała jego ust o odcieniu karminowym. Lekko wilgotnych, niczym oprószona poranną rosą nieskazitelna trawa. Oboje zdawali sobie sprawę, że już więcej mogą się nie zobaczyć. Figlarnie drażniąca broda dawała o sobie znać na jej zaróżowionym euforią i zawstydzeniem policzku. Wszelkie emocje wzburzone w jego czarnej czuprynie dostrzegała w tych miodowych, ciepłych oczach wpatrujących się w nią z uwielbieniem.
Ta drewniana kładka, którą każde z nich budowało by spotkać się po środku wydawała się być z każdym dniem coraz mniej stabilna, podjuszana przez niepochlebne im dusze. Znajomość, nad którą tak rzetelnie pracowali by ją utrzymać, niestety musiała być stłumiona w zarodku.
Wiedziała, że ów intelektualny mezalians nie miał prawa mieć miejsca. Czuła to już od dawna. Odwieczna batalia, która odgrywała się w jej sercu powoli zaczynała dobiegać do końca. Szala wygranej przechylała się w stronę rozsądku. W rzeczy samej, nie powinno się wchodzić do tej samej rzeki dwa razy. Jednak ona to zrobiła. Kara, którą przyjdzie jej zapłacić będzie odczuwalna z podwójnym rażeniem. Odbijające się echo w jej duszy śmieje się szyderczo 'masz za swoje...'. Znów powita ją rozczarowanie w parze z zażenowaniem. Istna promocja - dwie rzeczy w cenie jednej, lecz ta wygrana na loterii jest niczym fatum, ciąży nad nią jak burzowe chmury kłębiące oraz kumulujące się  na niebie. Tym razem, jednak zbawienny deszcz w postaci łez niczego jej nie przyniesie. Nawet ulgi. Uczucia roztargnione i poszarpane nie odnowią się tak szybko jak róża jerychońska na pustyni po paru kroplach życiodajnej cieczy.
Co przyjdzie jej zrobić, gdy na nowo go ujrzy? Czy znów będzie nadaremnie poszukiwać tych karminowych, spragnionych warg? Czy będzie potrafiła spojrzeć w te otumanione emocjami oczy? A może uniknie spotkania jak ognia?
Tylko i wyłącznie czas pokaże...