Czy wpadnę do pyska Scylli? A może w wiry Charybdy?
Serce odgrywa boje homeryckie, niecierpliwie wyczekuje, aż zadzwoni ostatni dzwonek na podjęcie decyzji. Jedno spojrzenie wystarczy by wywołać burzę w szklance wody...
Więc teraz mam serca dwa, smutki dwa...
Retrospekcje wciąż powracają nieubłaganie, nie dając mi spokoju. Niczym klątwa, ciąży nade mną jego demon, czerpiący przyjemność z mego dysonansu. Wstępująca melodia wyraża swe anabasis, tak podniosłe, tak radosne. Czyżby?
Wijąca się, niczym więdnący zżółkniały liść, mający na celu ugaszenie swego pragnienia. Pozostanie mu tylko beznadziejnie odejść w zapomnienie, nienasycony, wyschnięty, obnażony. Wyczekuje, aż wreszcie jego ciepły, drżący oddech spocznie regularnie na jej porcelanowym karku. Zapewniał jej bezpieczeństwo, którego tak natarczywie, desperacko łaknęła. Bliskość drugiego, nieodkrytego całkowicie zalążka ciała przyprawiała ją o dreszcze na samą myśl. Chciała jak najdłużej zatrzymać ten moment, lecz nic nie może przecież wiecznie trwać.
Powoli niczym dojrzała, jędrna śliwka zanurzam się w lepkiej konsystencji kompotu miłości, dręczona łańcuchami, skazana na dryfowanie w rzekomo radosnych zakamarkach uniesienia. Wszystko wskazuje na to, iż ta chwila cielesnego natchnienia okaże się gorzką pigułką nie do przełknięcia. Dostrzegam pesymistycznie Janusowe oblicze tego błogostanu.
Spierzchnięte od błogich pocałunków usta, na rusz muskają czule karmazynową od przypływu ciepła skórę, nadając jej życiodajne rany. Czy to możliwe? Czy jednak śni na jawie? Prężne ramiona zatrzaśnięte w uścisku otulały tą kruszynkę, będąc jak mały wróbelek w złotej klatce, tym razem ochoczo ćwierkający.
Do czasu...
poniedziałek, 25 lutego 2013
poniedziałek, 14 stycznia 2013
pandemonium istoty
Skrzypce nie zagrają preludium. Nie tym razem. Zbuntowane nuty nie utkają melodyjnego arrasu na pięciolinii. Smutne. Lament pozostawionego klucza wiolinowego, dumnego lecz osamotnionego. Męki Tantala. Niemożność zaspokojenia myśli i pragnienia. Wiecznie nienasycona, poszukująca. Czego?
Udzielenie odpowiedzi na to nurtujące pytanie graniczyło z cudem. Wręcz niewykonalne. Ciągle podążająca za podpowiedzią, która co rusz wyślizgiwała się jej tuż przed zdemaskowaniem. Niczym zjawa rozpływała się w powietrzu, bez cienia poszlak. Gdy już zbliżała się o krok by ją uchwycić i uchylić rąbek tajemnicy, ta, diametralnie wymykała się z impetem, gnając jak najdalej. Labirynt nie do przebrnięcia.
Serce płata figle. A ona, pozostawiona w kawałkach, rozstrzępiona zastanawia się co ze sobą poczynić. Przebiegły lis wciąż ją zwodzi.
Pozytywka dumnie grywa opustoszałą melodię, która echem rozbrzmiewa w zakamarkach, ciągle nieodkrytej, dzikiej duszy. Wciąż ciąży nad nią fatum, miecz Damoklesa. Zbyteczne, lakoniczne odpowiedzi niczego nie wnoszą. Tymczasem rozum już osiągnął apogeum swej cierpliwości.
Pozostaje czekać, aż zjawi się ten zbawiciel, własny Aleksander Wielki i odważy się przeciąż ten węzeł gordyjski.
Udzielenie odpowiedzi na to nurtujące pytanie graniczyło z cudem. Wręcz niewykonalne. Ciągle podążająca za podpowiedzią, która co rusz wyślizgiwała się jej tuż przed zdemaskowaniem. Niczym zjawa rozpływała się w powietrzu, bez cienia poszlak. Gdy już zbliżała się o krok by ją uchwycić i uchylić rąbek tajemnicy, ta, diametralnie wymykała się z impetem, gnając jak najdalej. Labirynt nie do przebrnięcia.
Serce płata figle. A ona, pozostawiona w kawałkach, rozstrzępiona zastanawia się co ze sobą poczynić. Przebiegły lis wciąż ją zwodzi.
Pozytywka dumnie grywa opustoszałą melodię, która echem rozbrzmiewa w zakamarkach, ciągle nieodkrytej, dzikiej duszy. Wciąż ciąży nad nią fatum, miecz Damoklesa. Zbyteczne, lakoniczne odpowiedzi niczego nie wnoszą. Tymczasem rozum już osiągnął apogeum swej cierpliwości.
Pozostaje czekać, aż zjawi się ten zbawiciel, własny Aleksander Wielki i odważy się przeciąż ten węzeł gordyjski.
piątek, 11 stycznia 2013
walcząc z wiatrakami
by pąk przeistoczyć kwiatem
się mógł, tak jak nakazał Bóg
choć głęboko skryte przed światem
toksyczne wątki są mych trwóg
gęsto ocieka spływa wstyd
zmaga się waleczny Cyd
ballad bohater rycerskiego życia
nic niewartego zepsutego bycia
się mógł, tak jak nakazał Bóg
choć głęboko skryte przed światem
toksyczne wątki są mych trwóg
gęsto ocieka spływa wstyd
zmaga się waleczny Cyd
ballad bohater rycerskiego życia
nic niewartego zepsutego bycia
En vogue
Podziwiam ludzi z okresu pozytywizmu, mimo trudności napotkanych pod opresją złowrogiego cara, bądź innego przywódcy potrafili wytrwale poszukiwać złotego środka i robić dobrą minę do złej gry. Między innymi dzięki nim przemawiamy językiem polskim, który miał być wytępiony przez gnębicieli naszego narodu. To oni pielęgnowali naszą mowę, często narażając własne życie. Okres niezwykle trudny dla polszczyzny, która na skraju wyginięcia i zapomnienia, cudem wylizała się z opresji.
Niepokojące jest jednak to, że wciąż istnieje ryzyko wymarcia. Odejścia w nieznane kąty pamięci, gdyż tworzone z każdym dniem neologizmy, kreujące się poprzez narastającą globalizację, wypierają rodzime słownictwo. Przez to ubożeje ojczysty język. Już teraz można zauważyć skutki tego procesu. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszą młodzież, której brakuje jakiejkolwiek znajomości synonimów, nie wspominając już czy posiadają wystarczającą wiedzę by znać znaczenie słowa synonim. Mowa tu o pewnej wyodrębnionej społeczności, osiedlonej na pewnych wyspach ongiś należących do Saksonów. Aż żal serce ściska, gdy słyszy się te świnki eksperymentalne, wyrażające się w sposób wulgarny, bądź nieinteligentny. Sami na siebie zsyłamy zagładę, coraz to bardziej zagrażającą naszej kulturze. Gnijemy od środka, niczym niepodlewana i niepielęgnowana roślina. Trujemy się niezmiernie, tylko po to, by zaimponować reszcie. Niedługo nie pozostanie czym. Nie ma innego sposobu by to skomentować. Wstyd i hańba. Istne kalectwo.
Niepokojące jest jednak to, że wciąż istnieje ryzyko wymarcia. Odejścia w nieznane kąty pamięci, gdyż tworzone z każdym dniem neologizmy, kreujące się poprzez narastającą globalizację, wypierają rodzime słownictwo. Przez to ubożeje ojczysty język. Już teraz można zauważyć skutki tego procesu. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszą młodzież, której brakuje jakiejkolwiek znajomości synonimów, nie wspominając już czy posiadają wystarczającą wiedzę by znać znaczenie słowa synonim. Mowa tu o pewnej wyodrębnionej społeczności, osiedlonej na pewnych wyspach ongiś należących do Saksonów. Aż żal serce ściska, gdy słyszy się te świnki eksperymentalne, wyrażające się w sposób wulgarny, bądź nieinteligentny. Sami na siebie zsyłamy zagładę, coraz to bardziej zagrażającą naszej kulturze. Gnijemy od środka, niczym niepodlewana i niepielęgnowana roślina. Trujemy się niezmiernie, tylko po to, by zaimponować reszcie. Niedługo nie pozostanie czym. Nie ma innego sposobu by to skomentować. Wstyd i hańba. Istne kalectwo.
"Granice mego języka oznaczają granice mego świata." (Ludwig Wittgenstein)
Wyznacz własną granicę.
środa, 26 grudnia 2012
Głucha eksploatacja
Młodzieńcze serca dwa tak kruche
Delikatne, ulotne motyle
Blask oczu wyrażający skruchę
Stukot kół zostawiwszy w tyle -
gdzieś het daleko wrogów watahę.
Drżące powieki pod nocy osłoną
I wciąż kruche serce truchleje strachem
Natury odkryte dziewicze łono
Rozpościera swe nabrzmiałe skrzydła
By napotkać je miała tylko krzywda.
Takie drobne dzieło spod własnego pióra.
środa, 19 grudnia 2012
Wieczna zmarzlina
Syberia wdarła się do naszych serc. A w szczególności na stałe zagościła w jednym sercu.
Tym razem biedny Kaj nie wygra z triumfującą Królową Śniegu. Nie uda mu się wyrwać serca ze szponów mroźnego szronu, tak skutego, tak nieprzystępnego. Uosobienie Kaja. Kawałek lodu kole w oczy, przysłaniając te istotne wartości. Pozostaje samotność. Emocjonalne ubezwłasnowolnienie.
Niełatwo jest zdobyć zaufanie introwertyka, zwłaszcza takiego, który wmówił sobie, iż nie potrzebuje nikogo.
Czy znajdzie się ktoś, komu powiedzie się wskrzeszenie choćby najmniejszego płomyka ognia, który roztopi wszechobecny lód?
Lecz Syberia to piękna kraina, nie zawsze skuta lodem. Istnieje zatem jakaś nadzieja. Może w końcu znajdzie się ktoś, kto dokona tego wyczynu. Ktoś, komu będzie zależało.
poniedziałek, 10 grudnia 2012
„(...) ja jestem Kameleon, igraszka chwili, straszne moralne nic!"*
Każdego dnia inna cząstka mnie rozpościera swe skrzydła jak kwiat chylący się ku słońcu. W przeciwieństwie do niego nie promieniuję. Słucham z pokorą, dostosowuję się do środowiska. Którą część im ukażę? Która najbardziej będzie im dzisiaj odpowiadała?
Kto powiedział, że odrzuciliśmy jakikolwiek instynkt samozachowawczy, zwierzęcy? Czy przypadkiem nie jest to cecha zaczerpnięta od pewnego gada? Mając na myśli intrygującego kameleona, codziennie szara rzeczywistość zmusza mnie by obudzić w sobie umiejętność kamuflażu. Och, jakże dobrze wyćwiczoną i przysposobioną. Tak jak on wnikam w ogłupiały tłum kroczący bezmyślnie w nieznanym kierunku. Tak jak on, z obawy przed czymś, usiłuję się skryć przed włażącą z brudnymi butami do mojego życia społecznością, a zarazem jestem do tego zmuszona. Stale kontrolowana, pod lupą chytra mara czyha na najdrobniejsze potknięcie, by rusz wytknąć je palcem i ośmieszyć Cię. Stale zabiegając o uznanie, tak na prawdę gówno warte.
-Potrafię być jak kameleon, i dostosować się do każdej sytuacji.
-A potrafisz być sobą ?
Lecz, kim tak na prawdę jestem?
- Nie wiem. Brzmiałaby odpowiedź, gdyby ktoś postawił mnie przed tym pytaniem.
Bądź sobą - jak łatwo powiedzieć. Trudniej wykonać.
Istotnie, nie pasuję tutaj. Jestem jak ostatni kawałek puzzle, nigdzie nie pasujący. Jak kameleon, pojawiam się i znikam, co rusz w innej postaci, znakomicie wtaczająca się w otoczenie. Kolejna małpa w tym cyrku, która boi się odrzucenia. Ot, taka bolesna prawda.
*cytat Eliza Orzeszkowa z książki pt.: "W klatce"
Subskrybuj:
Posty (Atom)