niedziela, 5 lutego 2017

Ukochany kwiat

Trudno pielęgnować mało wymagający pejotl, którym zdaje się być moje serce. Jedyne o co prosi to tych kilka kropli szczerego zainteresowania i przyjaźni. Niby tak niewiele, ale jak ciężko zdobyć te życiodajne odrobiny źródła. Nawet przy zapewnionym pustynnym klimacie, pejotl potrzebuje choć ułamka tej cieczy. Jednak, ostatecznie nie jest mu to dane bezinteresownie. Przez dłuższy czas nie zakwitnie, a raczej będzie ślęczyć nad nim widmo skazańczej suszy. O tak! Nawet i jemu grozi zagłada uschnięcia, pogrom suchoty. Póki co, powoli zaczynają wyrastać z niego nowe kolce, a płynie w nim żywica goryczy i niezrozumienia. Choć dumny, chowa się w kanopii zrzeszonych skrajnym fałszem, bujnych krzewów i ani trochę nie jest mu z tym dobrze. Niezauważalny. Nieistotny. Tylko on, soki z wykwintnej mikstury i ciernie. Wyborowe towarzystwo, nie ma co. 
Cóż, wiedziałam, że w czymś tkwi mój podziw dla tej rośliny, lecz nie myślałam by kiedykolwiek przyszło mi się z nią utożsamić. Przynajmniej odnalazłam to uzasadnienie. 
Ja i moje pejotlowe kolce. Teraz tak mi bratnie i znajome. Ach, ta pustynia...

wtorek, 12 maja 2015

przecięta nić

Ta wydawałaby się najtrwalsza podpora w Twoim życiu znikąd legła w gruzach. Postać rodziciela już nawet nie wydaje się być fikcyjna. Po prostu obca.
Nieznajoma.
Przepadła.
Znikoma także jest chęć odbudowy tej relacji. Śmieszne jest tylko to, że ma to wpływ na pozostałe kwestie i aspekty życia. Lekceważąc jak bardzo, pozostaje udawać, że wszystko jest w porządku.
Ale to nic innego jak fatamorgana. Jak długo przyjdzie doświadczyć tego złudnego fenomenu. Mówiąc dość, składasz głuche wyrażenie protestu. Jak grochem o ścianę. Spirala rozpaczy dawno została zapędzona w ruch. Bezpowrotnie.
Bezduszne brzemię ciąży coraz bardziej. Aż w końcu przyjdzie moment zachłyśnięcia się. Rozgoryczeniem w unii z żalem.
Za czym? Straconym dzieciństwem, w podzięce za podarek pod sztandarem nieufności i zgryźliwości. Składam Ci serdeczne podziękowania.
Teraz wiem kim nie być...
Père

niedziela, 15 marca 2015

"Całe nasze życie jest pielgrzymką."

"Poślij mnie dokąd zechcesz, nawet i do Indii."

Przemierzając wczoraj Ksawieradę w Foz de Lumbier, gdzieś pośród wzgórz Nawarry, musiała przjeść przez tunel. Wydrążony przez człowieka w skale. Uświadomiła sobie ile trudu musiał on sobie zadać by na końcu ujrzeć światło, niczym zbawienie. I podobnie jest z naszym życiem. Musimy przez nie wydrążyć własny tunel, przebiec go by dotrzeć do źródła spełnienia. Nikt nie mówi, że jest łatwo. Jednak, czyż nie będzie to większa satysfakcja, gdy zdamy sobie sprawę, iż to dzieło zostało dokonane przez nas samych. Co prawda, nie wiemy na co możemy natrafić podczas drążenia w tej skale, z pozoru upartej i niezniszczalnej. 
Drepcząc ostrożnie, poczuła czyjąś obecność. Jakby ktoś nad nią czuwał i prowadził ją za rękę ku światłu. Nie odczuwała strachu. Zrozumiała, że to On. 
Nie tylko nią kieruje i pociesza, gdy jest w potrzebie. Człowiek, czasem odsunięty od jakichkolwiek zmysłów, w tym przypadku od wzroku, musi zaufać swojej wierze. Dopiero w tym momencie nastąpiło olśnienie, że dotychczasowe wydarzenia splatają się i układają w jakiś plan.
Jej tunel, który zdaje się być drążony od dwunastego roku życia na pewnej wyspie, dopiero zaczyna nabierać kształtu. Daleko jeszcze do jego ujścia. Jednak wie, że nie jest sama. 
Tunel może przybrać różną formę. Samotności. Opuszczenia. To tylko pozory. Tak na prawdę, jego kształt i trajektoria tylko zależy od nas samych. Warto jednak pamiętać, że mamy towarzysza, który nas nie odtrąci i nam wtóruje niezmiernie. Niezależnie od trudności. To On, dzieli z nami strach, nadaje nam otuchy, wspiera. Nie odtrącajmy tego, a to zmaganie stanie się owocne. 
Życzę, by każdy odbył własną pielgrzymkę i spotkał, to czego szuka.

Wystarczy obrać należyty cel.

Choose wisely.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Une feuille pourrie

Niczym ostatni liść trzymasz się kurczowo gałęzi mojej duszy. I nieważne jak mocno dmucham, prawie jak halny, by Cię oderwać, Ty i tak nie drgniesz. Wciąż wysysając żywicę duszy i myśli by przetrwać. 
Powoli przeistaczasz się w padlinożercę, gdyż niedługo zapanuje w niej martwica, byś triumfalnie czyhał nad swą zdobyczą. Na razie, zima nastała w moim sercu wraz z tym jednym nieopadniętym liściem.

I choć jesteś już pomarszczony i zżółkły to nieustannie przykuwasz mój podwładny wzrok. Czerpiesz ostatnie krople soków życia a ja bez słowa ulegle Ci na to pozwalam. Usycham.
Bo kocham. Tłumiące się całoroczne toksyny zachowuję dla siebie byś Ty, liściu najukochańszej jesieni trwał.

I chociaż mając świadomość Twej toksycznej obecności, nie robię nic by się Ciebie pozbyć. Dlatego gnijesz. Nie wiem czy bardziej z mojej czy z własnej winy. 

wtorek, 22 lipca 2014

Nietypowe bałwochwalstwo

Cza­sem war­to za­nurzyć się w niepew­ności, by dos­trzec za­wiłe korze­nie praw­dy wy­doby­tej z wnętrza ciche­go źródła uwiel­bienia. / Mi­riam Ann. 

Idąc jesienną aleją, zasypanej liśćmi wspomnień i nieprzeniknionych gestów przywołuję te ulotne chwile. Szukam Ciebie, o Ty, który wtargnąłeś bezpardonowo gdzieś w zakurzone zakątki mej duszy. Obnażyłam swe niecielesne zakamarki, pozwalając byś rozlewał się spokojnie, najpierw upajając słodyczą a potem kłując leniwie niczym trucizna. Korytarze mych rozmyśleń przypominają cmentarną pustkę, próbując ożywić i wskrzesić te krótkotrwałe uwielbienie i rozpalające do czerwoności spojrzenia, ciskające piorunami pożądania. Niepewność wdziera się bezczelnie, coraz głębiej zapuszczając się w jaskinię duszy. Bezkrytycznie wznosiłam swe źrenice, podziwiając Cię i pozwalając byś otumanił moją czujność wiązanką słów, która oplatała mnie do utraty tchu niczym latorośl bluszczu. Tak, równie szkodliwa. Antidotum pozostaje nieznane, z własnego wyboru. Wolę rozkoszować się tą jątrzącą się raną, co rusz dławiąc się łzami wywołanymi przez Twoją grę. Stoję z boku, powoli czuję odpływającą cierpliwość i zrozumienie, kropla po kropli ulatniają się... 
Kurczy się świat, powoli zamienia się w klaustrofobiczną pustkę, która zaciska pętlę szyderczości wokół ledwie pulsującej szyi. Zaufanie to taka kpina. Z idealnie symetrycznym impetem opuszczasz mnie, tak samo jak wplątałeś się w zastawioną przeze mnie pajęczynę naiwności. Z rozmachem, a zarazem bojaźliwością, by stawić czoła pochmurnym oczom, kulisz ogon obstawiając lekceważenie na tej przeraźliwej loterii. Źródełko uwielbienia coraz mniej tryska z entuzjazmem. Tym razem trafniejsza byłaby metafora plucia zepsutym, zgniłym przez zaniedbanie jadem miłości. 

poniedziałek, 17 lutego 2014

abîme de désespoir

oślepiona mgłą blasku ćma
splamione jej skrzydła wstydu krwią
ciśnie się na zmęczone oczy łza
przeklęte usta goryczy drżą

przypłyń przebaczenia łodzią
nie odtrącaj echa zlęknionej miłości
serce przepełnione skruchą i trwogą
na zawsze stracone w czeluści nicości

lampa pożądania spali trzepocące
ulotne chwile uniesienia
błysk żądzy i władzy migoczące
oszpeciły cielesne marzenia

na cóż to było, pyta niedbale
uśmiercić istotę ledwie się tlącą
walka przetrwania, na arenie rywale
zastań mnie o łaskę się modlącą

przebacz, bom zgrzeszył
nie rzucam słów na figlarny wiatr
kwiat strwożył, obecnością go żeś speszył
wydostań mnie spod lęku krat

sobota, 28 grudnia 2013

skamander

Rwąca rzeko, tyś wierna swym zasadom. Gdy ktoś Cię zlekceważy, wnet wybrzuszasz swe oblicze na bezbronne łany, grzmiąc pianą i wezbranym nurtem. Twa lustrzana, tajemnicza barwa przyciąga mnie i przywołuje echem głębin zagniewanych. Z pewnym odrętwieniem pochylam się by ujrzeć mieniące się w twym blasku czyjeś, nieznane lico. Ach, czy nie byłoby lepiej złożyć się w ofierze, oddać się twemu rdzeniowi? Czyż nie lepsze zbestwione, mętne oraz złowrogie wodorosty, przylegające otępiale do ciała, niż ta codzienna czeluść? Tylko Ty, jesteś wolna, beztrosko wbrew zakazom suniesz przed siebie. Hybryda emocji Tobie nie straszna. Tyś boginią samej sobie. Ach, jak ja Tobie zazdroszczę. Wijesz się ociężale, lecz zawsze czujna. Nie umknie Tobie najmniejsza zapora. Meandrując po świecie, rozdzierasz jego pola, pasąc swe wstęgi. Tak jak i Ty, również ja meandruję, lecz nie potrafię wyżłobić swego koryta. Tak jak Ty, wpadam do morza, ale nie majestatycznie. Moje morze zakłamania i bezradności połyka mnie w całości na wieczność. Jestem ubezwłasnowolniona. Jedna kropla w tym wielomiliardowym basenie. Nic dla nikogo nieznacząca. Chlup... Ręka hunctwota dzierży miecz fatalizmu. Wyplułaś ze swych głębin talizman ociekający mułem, niczym wąż syczysz jadem. Dotychczas nie przynosi mi on szczęścia. A może Tobą podąża swym szlakiem Charon, Ty nikczemna. Odkrywasz me sekrety, wraz ze Styksem znamienna. Czy jak Ty, powinnam owinąć się jak bluszcz wokół tych wiernych? Lecz ich nie ma, nie zawiną u mego portu swych żagli. Popłyną hen daleko, nie odwracając się. Śmiejesz się szyderczo, bo Ty zawsze pozostaniesz, niezapomniana. A my odejdziemy w Twe głębiny, czeluści i wtedy poznamy Twoje tajemnice. pOder... I w nas tkwi siła przetrwania, póki co, pozostaje nam uchylić czoła Twemu żywiołowi. Tak nieobliczalnemu.

środa, 11 grudnia 2013

Okowy

Chwila złudnego wzniesienia do wyżyn smaku świątyni niebiańskiej. Unoszę się szybko niczym strzała wypuszczona z grubej cięciwy Temidy by wtem, dowiedziawszy już się o szczytach swych możliwości zmienić swą trajektorię i ociężale zacząć opuszczać się mozolnie ku niedoli. Moralna grawitacja niesłusznie przyciąga mnie ku sobie, powołując się na przyjęte normy. Ujarzmiona 'wolność' - to słowo samo w sobie semantycznie brzmi bestialsko ironicznie. Ta wyimaginowana ideologia, tak uporczywie wbijana do umysłów zewsząd manipuluje nami od dawien dawna. Ciążące kajdany tej wojowniczki wżynają się bezkarnie w przeguby, oplatając niczym winorośl zhańbione serca i splamione umysły. W jakiej dziedzinie tak na prawdę ją posiadamy? Ileż to norm społecznych nam nakazano? Zdefiniuj to pojęcie, bo ja szczerze nie potrafię.



od cięciwy wchłania ją grota
zuchwałego podlota
ku chwale myśl to złota
by go zastały piekielne wrota
zmierzła cnota
ot, meritum - martwota
gnębiąca go golgota
zaciska na mej szyi garrota

niedziela, 10 listopada 2013

[...] kajdany nie trwają wiecznie.

W pewnym momencie poczuła uniesienie niemal niebiańskie. Jakby sam Bóg rozpruwał nierozłączny do czasu szew pomiędzy ciałem a duszą i zaczął pociągać za sznurek niczym marionetką. Ociężałe ciało spoczywało tylko dzięki sile grawitacji a dusza zdawała się wydostawać spod sieci obławy i rozwijała skrzydła wolności. Cielesne kajdany powoli dawały upust zostawiając umysł błogi oraz czysty, aby móc oderwać się od rzeczywistości. Egzystencjalny stan pozwalał zapomnieć o trywialnych według niej sprawach. Unosząc się nad swym opustoszałym teraz ciałem w końcu mogła być sobą, fruwać niczym skowronek pośród sosen. Żadnych telefonów, intryg i tak zwanych bajkopisarzy.
Wtem zaczęło ją coś ściągać na dół. Odwieczna walka tuzinkowych spraw w tym momencie wygrywała, wsysając ją z powrotem w opatulone kołdrą chłodne ciało. Witajcie: potoczny wyścig szczurów, zepsute fikanie koziołków przez serce i szarość. Na nowo krystalizowały się przed nią banały.

Bezradność przeistoczyła się w płacz.

środa, 11 września 2013

Zażenowanie przy próbie kupna miłości...

Po omacku szukała jego ust o odcieniu karminowym. Lekko wilgotnych, niczym oprószona poranną rosą nieskazitelna trawa. Oboje zdawali sobie sprawę, że już więcej mogą się nie zobaczyć. Figlarnie drażniąca broda dawała o sobie znać na jej zaróżowionym euforią i zawstydzeniem policzku. Wszelkie emocje wzburzone w jego czarnej czuprynie dostrzegała w tych miodowych, ciepłych oczach wpatrujących się w nią z uwielbieniem.
Ta drewniana kładka, którą każde z nich budowało by spotkać się po środku wydawała się być z każdym dniem coraz mniej stabilna, podjuszana przez niepochlebne im dusze. Znajomość, nad którą tak rzetelnie pracowali by ją utrzymać, niestety musiała być stłumiona w zarodku.
Wiedziała, że ów intelektualny mezalians nie miał prawa mieć miejsca. Czuła to już od dawna. Odwieczna batalia, która odgrywała się w jej sercu powoli zaczynała dobiegać do końca. Szala wygranej przechylała się w stronę rozsądku. W rzeczy samej, nie powinno się wchodzić do tej samej rzeki dwa razy. Jednak ona to zrobiła. Kara, którą przyjdzie jej zapłacić będzie odczuwalna z podwójnym rażeniem. Odbijające się echo w jej duszy śmieje się szyderczo 'masz za swoje...'. Znów powita ją rozczarowanie w parze z zażenowaniem. Istna promocja - dwie rzeczy w cenie jednej, lecz ta wygrana na loterii jest niczym fatum, ciąży nad nią jak burzowe chmury kłębiące oraz kumulujące się  na niebie. Tym razem, jednak zbawienny deszcz w postaci łez niczego jej nie przyniesie. Nawet ulgi. Uczucia roztargnione i poszarpane nie odnowią się tak szybko jak róża jerychońska na pustyni po paru kroplach życiodajnej cieczy.
Co przyjdzie jej zrobić, gdy na nowo go ujrzy? Czy znów będzie nadaremnie poszukiwać tych karminowych, spragnionych warg? Czy będzie potrafiła spojrzeć w te otumanione emocjami oczy? A może uniknie spotkania jak ognia?
Tylko i wyłącznie czas pokaże...

czwartek, 7 marca 2013

Emocjonalna aborcja

Patologiczna pustka. Usycha ledwo tląca się iskra namiętności, tak niedawno rozżarzona. Ile mi jeszcze przyjdzie tułać się po wszechobecnej pustyni, gdzie wszelkie podskoki serca okazują się być złudliwą fatamorganą?

Ile mi jeszcze przyjdzie przejść drakońskie próby czasu gdzie za każdym razem to on pociąga sznurki?
Durna, otępiała marionetka. Wycieńczona jestem w stanie sięgnąć brzytwy.

Zbawienna kropla już zdaje się zagościć na moim języku by zdradziecko wyparować w ostatniej chwili, znikając na zawsze z szyderczym uśmiechem. Tak i on, ten który zdawałby się rozkwitł na polanie zdobyczy, odpłynął w nieznane. Marny to obraz zgniłych chwastów na tej łące odrzucenia. Każdy pąk ginie w zarodku. Co z tego, że staram się pozbyć pąków tej miłości, gdy jej korzenie wciąż oplatają moje serce. Niczym trucizna, powoli gęstniejesz by na zawsze zastygnąć i zagłębić się w nawet najodleglejszym zakamarku mego ciała. Trucizna, na którą antidotum nie istnieje, i istnieć nie będzie. Zepsuty kwiat błogości, od zarodka gnije otępiale, co rusz wypluwając zgorzkniałe kolce rozpaczy. Jątrząca się blizna, na nowo rozdarta na strzępki. Niczym wieszczka Pytia, już wiem, że tym razem będzie stale ropieć, przypominając o sobie w najmniej oczekiwanym momencie.

Powoli przeistaczam się w cień elizejski. Ileż bym dała, aby zaczerpnąć łyka z wód rzeki Lete, meandrującej w Hadesie, by móc zapomnieć. By móc zrzucić tą szatę Dejaniry, uwolnić się od brzemienia cierpienia, wiecznie czyhającego nade mną.

Krótki to był lot Ikarowy. Zanurzam się w przepaści, spita miłością. Tonę.

poniedziałek, 25 lutego 2013

między Scyllą a Charybdą...

Czy wpadnę do pyska Scylli? A może w wiry Charybdy?
Serce odgrywa boje homeryckie, niecierpliwie wyczekuje, aż zadzwoni ostatni dzwonek na podjęcie decyzji. Jedno spojrzenie wystarczy by wywołać burzę w szklance wody...

Więc teraz mam serca dwa, smutki dwa...

Retrospekcje wciąż powracają nieubłaganie, nie dając mi spokoju. Niczym klątwa, ciąży nade mną jego demon, czerpiący przyjemność z mego dysonansu. Wstępująca melodia wyraża swe anabasis, tak podniosłe, tak radosne. Czyżby?

Wijąca się, niczym więdnący zżółkniały liść, mający na celu ugaszenie swego pragnienia. Pozostanie mu tylko beznadziejnie odejść w zapomnienie, nienasycony, wyschnięty, obnażony. Wyczekuje, aż wreszcie jego ciepły, drżący oddech spocznie regularnie na jej porcelanowym karku. Zapewniał jej bezpieczeństwo, którego tak natarczywie, desperacko łaknęła. Bliskość drugiego, nieodkrytego całkowicie zalążka ciała przyprawiała ją o dreszcze na samą myśl. Chciała jak najdłużej zatrzymać ten moment, lecz nic nie może przecież wiecznie trwać. 

Powoli niczym dojrzała, jędrna śliwka zanurzam się w lepkiej konsystencji kompotu miłości, dręczona łańcuchami, skazana na dryfowanie w rzekomo radosnych zakamarkach uniesienia. Wszystko wskazuje na to, iż ta chwila cielesnego natchnienia okaże się gorzką pigułką nie do przełknięcia. Dostrzegam pesymistycznie Janusowe oblicze tego błogostanu.

Spierzchnięte od błogich pocałunków usta, na rusz muskają czule karmazynową od przypływu ciepła skórę, nadając jej życiodajne rany. Czy to możliwe? Czy jednak śni na jawie? Prężne ramiona zatrzaśnięte w uścisku otulały tą kruszynkę, będąc jak mały wróbelek w złotej klatce, tym razem ochoczo ćwierkający. 

Do czasu...



poniedziałek, 14 stycznia 2013

pandemonium istoty

Skrzypce nie zagrają preludium. Nie tym razem. Zbuntowane nuty nie utkają melodyjnego arrasu na pięciolinii. Smutne. Lament pozostawionego klucza wiolinowego, dumnego lecz osamotnionego. Męki Tantala. Niemożność zaspokojenia myśli i pragnienia. Wiecznie nienasycona, poszukująca. Czego? 
Udzielenie odpowiedzi na to nurtujące pytanie graniczyło z cudem. Wręcz niewykonalne. Ciągle podążająca za podpowiedzią, która co rusz wyślizgiwała się jej tuż przed zdemaskowaniem. Niczym zjawa rozpływała się w powietrzu, bez cienia poszlak. Gdy już zbliżała się o krok by ją uchwycić i uchylić rąbek tajemnicy, ta, diametralnie wymykała się z impetem, gnając jak najdalej. Labirynt nie do przebrnięcia. 
Serce płata figle. A ona, pozostawiona w kawałkach, rozstrzępiona zastanawia się co ze sobą poczynić. Przebiegły lis wciąż ją zwodzi. 
Pozytywka dumnie grywa opustoszałą melodię, która echem rozbrzmiewa w zakamarkach, ciągle nieodkrytej, dzikiej duszy. Wciąż ciąży nad nią fatum, miecz Damoklesa. Zbyteczne, lakoniczne odpowiedzi niczego nie wnoszą. Tymczasem rozum już osiągnął apogeum swej cierpliwości.

Pozostaje czekać, aż zjawi się ten zbawiciel, własny Aleksander Wielki i odważy się przeciąż ten węzeł gordyjski. 

piątek, 11 stycznia 2013

walcząc z wiatrakami

by pąk przeistoczyć kwiatem
się mógł, tak jak nakazał Bóg
choć głęboko skryte przed światem
toksyczne wątki są mych trwóg

gęsto ocieka spływa wstyd
zmaga się waleczny Cyd
ballad bohater rycerskiego życia
nic niewartego zepsutego bycia


En vogue

Podziwiam ludzi z okresu pozytywizmu, mimo trudności napotkanych pod opresją złowrogiego cara, bądź innego przywódcy potrafili wytrwale poszukiwać złotego środka i robić dobrą minę do złej gry. Między innymi dzięki nim przemawiamy językiem polskim, który miał być wytępiony przez gnębicieli naszego narodu. To oni pielęgnowali naszą mowę, często narażając własne życie. Okres niezwykle trudny dla polszczyzny, która na skraju wyginięcia i zapomnienia, cudem wylizała się z opresji.
Niepokojące jest jednak to, że wciąż istnieje ryzyko wymarcia. Odejścia w nieznane kąty pamięci, gdyż tworzone z każdym dniem neologizmy, kreujące się poprzez narastającą globalizację, wypierają rodzime słownictwo. Przez to ubożeje ojczysty język. Już teraz można zauważyć skutki tego procesu. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszą młodzież, której brakuje jakiejkolwiek znajomości synonimów, nie wspominając już czy posiadają wystarczającą wiedzę by znać znaczenie słowa synonim. Mowa tu o pewnej wyodrębnionej społeczności, osiedlonej na pewnych wyspach ongiś należących do Saksonów. Aż żal serce ściska, gdy słyszy się te świnki eksperymentalne, wyrażające się w sposób wulgarny, bądź nieinteligentny. Sami na siebie zsyłamy zagładę, coraz to bardziej zagrażającą naszej kulturze. Gnijemy od środka, niczym niepodlewana i niepielęgnowana roślina. Trujemy się niezmiernie, tylko po to, by zaimponować reszcie. Niedługo nie pozostanie czym. Nie ma innego sposobu by to skomentować. Wstyd i hańba. Istne kalectwo. 


"Granice mego języka oznaczają granice mego świata." (Ludwig Wittgenstein)
Wyznacz własną granicę.

środa, 26 grudnia 2012

Głucha eksploatacja


Młodzieńcze serca dwa tak kruche
Delikatne, ulotne motyle
Blask oczu wyrażający skruchę
Stukot kół zostawiwszy w tyle - 
gdzieś het daleko wrogów watahę.

Drżące powieki pod nocy osłoną
I wciąż kruche serce truchleje strachem 
Natury odkryte dziewicze łono
Rozpościera swe nabrzmiałe skrzydła
By napotkać je miała tylko krzywda.


Takie drobne dzieło spod własnego pióra. 

środa, 19 grudnia 2012

Wieczna zmarzlina



Syberia wdarła się do naszych serc. A w szczególności na stałe zagościła w jednym sercu. 

Tym razem biedny Kaj nie wygra z triumfującą Królową Śniegu. Nie uda mu się wyrwać serca ze szponów mroźnego szronu, tak skutego, tak nieprzystępnego. Uosobienie Kaja. Kawałek lodu kole w oczy, przysłaniając te istotne wartości. Pozostaje samotność. Emocjonalne ubezwłasnowolnienie. 

Niełatwo jest zdobyć zaufanie introwertyka, zwłaszcza takiego, który wmówił sobie, iż nie potrzebuje nikogo. 
Czy znajdzie się ktoś, komu powiedzie się wskrzeszenie choćby najmniejszego płomyka ognia, który roztopi wszechobecny lód? 
Lecz Syberia to piękna kraina, nie zawsze skuta lodem. Istnieje zatem jakaś nadzieja. Może w końcu znajdzie się ktoś, kto dokona tego wyczynu. Ktoś, komu będzie zależało. 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

„(...) ja jestem Kameleon, igraszka chwili, straszne moralne nic!"*

Każdego dnia inna cząstka mnie rozpościera swe skrzydła jak kwiat chylący się ku słońcu. W przeciwieństwie do niego nie promieniuję. Słucham z pokorą, dostosowuję się do środowiska. Którą część im ukażę? Która najbardziej będzie im dzisiaj odpowiadała? 

Kto powiedział, że odrzuciliśmy jakikolwiek instynkt samozachowawczy, zwierzęcy? Czy przypadkiem nie jest to cecha zaczerpnięta od pewnego gada? Mając na myśli intrygującego kameleona, codziennie szara rzeczywistość zmusza mnie by obudzić w sobie umiejętność kamuflażu. Och, jakże dobrze wyćwiczoną i przysposobioną. Tak jak on wnikam w ogłupiały tłum kroczący bezmyślnie w nieznanym kierunku. Tak jak on, z obawy przed czymś, usiłuję się skryć przed włażącą z brudnymi butami do mojego życia społecznością, a zarazem jestem do tego zmuszona. Stale kontrolowana, pod lupą chytra mara czyha na najdrobniejsze potknięcie, by rusz wytknąć je palcem i ośmieszyć Cię. Stale zabiegając o uznanie, tak na prawdę gówno warte. 

-Pot­ra­fię być jak ka­meleon, i dos­to­sować się do każdej sytuacji.
-A pot­ra­fisz być sobą ?

Lecz, kim tak na prawdę jestem? 
- Nie wiem. Brzmiałaby odpowiedź, gdyby ktoś postawił mnie przed tym pytaniem.
Bądź sobą - jak łatwo powiedzieć. Trudniej wykonać.

Istotnie, nie pasuję tutaj. Jestem jak ostatni kawałek puzzle, nigdzie nie pasujący. Jak kameleon, pojawiam się i znikam, co rusz w innej postaci, znakomicie wtaczająca się w otoczenie. Kolejna małpa w tym cyrku, która boi się odrzucenia. Ot, taka bolesna prawda. 

*cytat Eliza Orzeszkowa z książki pt.: "W klatce"

poniedziałek, 22 października 2012

Polak patriota cz.1



"Ojczyzna to trzy wielkie rzeczy wspólne: wspólna mowa, wspólna ziemia i wspólna pamięć."
- Bogusław Wolniewicz

Czym według Ciebie jest patriotyzm? Kto z Was jeszcze pamięta wierszyk szkolny 'Kto ty jesteś? Polak mały'? Wróc, kto z Was potrafi go jeszcze wyrecytować? Myślę, że powinnam przeprowadzić sondaż wobec społeczności polonijnej w pewnej angielskiej miejscowości. Wydaje mi się jednak, że nikłe byłyby wyniki, bądź wstydziłabym się je opublikować. 
Resztę kontemplacji opiszę następnym razem, gdyż nie mam czasu przytoczyć niezbędne alegorie w tym poście. Z góry przepraszam za nieregularne dodawanie postów, ale proszę o odrobinę wyrozumiałości, będąc studentem nie mam za dużo czasu na bloga. Bądźcie wytrwali!

sobota, 6 października 2012

Jesienne pytania

Równomierny stukot kół wprawia mnie w trans, tok rozmyśleń. Celem mojej podróży jest "dom". W zadumie zastanawiam się czy tak na prawdę to jest mój dom? Nie sądzę... Serce moje wciąż nie znalazło swojej przystani, dryfując z miejsca na miejsce, zagubione. Część została ponad dwa tysiące kilometrów stąd, a może mniej. Skrawki pozostawione wspomnieniom a może złudzeniom, porozrzucane niczym miliony kawałków stłuczonego szkła, które potrafi ranić. Pytaniem jest jednak - ranić kogo? Podejrzewam, że to raczej autodestrukcja. 
Przyjaciele. Niestety, wiele pozostawiają do życzenia, jeśli tak się nazywają. Marna to alegoria. Nic więcej, tylko przelotne znajomości. W mig potrafili się odwrócić, zamknąć Cię gdzieś w zakurzonym pudełku na strychu pamięci. Ale mi z tym dobrze, mam przynajmniej swą własną przestrzeń, nie pogardzę tym zaszufladkowaniem w zapomnienie. Takie są właśnie powroty.
Pozostaje mi tylko przytoczyć fragment piosenki Dżemu:
 "samotność to taka straszna trwoga, ogarnia mnie, przenika mnie..."